BIP

Zespół Szkół Ogólnokształcących

MARIANNA TRACZ

Dnia 5 lutego 2014 roku o 8.50  rozpoczęła się nasza wymiana międzynarodowa. 

Tego dnia, o tej godzinie ja i ósemka Polaków, czyli sześciu uczniów i dwóch nauczycieli z Liceum Ogólnokształcącego im. Marii Dąbrowskiej w Komorowie,  zaczęliśmy odprawę.Nadawanie bagaży rejestrowanych, ogólną kontrolę bagaży podręcznych i nas samych. Od tego dnia aż do 12 lutego 2014 roku byliśmy uczestnikami International week, w Skarnes, gdzie znajdowało się Norweskie Liceum. Nie wiem jak reszta polskich delegatów, ale ja byłam strasznie podekscytowana, nie mogłam się doczekać, kiedy rozpoczniemy podróż do jednego z najbogatszych i jednocześnie najpiękniejszych krajów w Europie. Nie irytował mnie nawet fakt że w Berlinie czekała nas przesiadka i czterogodzinne czekanie w Berlińskiej hali odlotów.

Po szczęśliwie zakończonych lotach samolotami dotarliśmy do Oslo po godzinie szóstej popołudniu i kierowaliśmy się na autobus, który miał nas zawieść do Skarens.

 Tu także czekała nas jedna przesiadka.Pierwsze co nas w Norwegi zszokowało to, to, że nie trzęśliśmy się na zewnątrz z zimna, wręcz przeciwnie, było nam bardzo ciepło, chociaż temperatura była minusowa. Różnica klimatów była więc bardzo wyczuwalna.Niektórzy zdążyli już nawet narzekać na bardzo ciepłe i zajmujące sporo miejsca ubrania, w które zaopatrzyły nas nasze rodzicielki, bojąc się cobyśmy w tej północnej Europie nie zamarzli. Jadąc autobusem zobaczyliśmy już część tamtejszej infrastruktury oraz zaskakiwały nas budowane w tej samej konwencji domy, białe z z małymi gankami, często z klasycznymi kolumnami i bez płotów, w Polsce nie wyobrazilibyśmy sobie żeby naszego domu nie strzegł chociażby metrowy płot. Wedle tradycji zaraz obok domów mieszkalnych stawia się czerwone domki, które kiedyś budowało się dla trzody chlewnej. Obecnie nie ma już takiej liczby ludzi która by hodowała zwierzęta, ale mimo to budowanie tych domków przeszło do tradycji.Gdy dotarliśmy do szkoły  w Skarnes przywitał nas jeden z tamtejszych nauczycieli i pomógł, zwłaszcza paniom, z bagażami, następnie zaprowadził do sali, gdzie poznaliśmy nasze od dawna wyczekiwane Hostfamilies. Ja trafiłam do tego samego domu razem z moją polską koleżanką Agatą.W , a tak to reszta Polaków mieszkała u swoich nowych norweskich przyjaciół z osobna. W nasze ręce trafił również program, plan całej wymiany, z dokładnymi godzinami poszczególnych atrakcji, których było od groma i ciut, ciut,więc nie mogliśmy narzekać na brak zajęć. Zostaliśmy przywitani bardzo ciepło, jak wyczekiwani członkowie rodziny, niektórzy z nas byli tym lekko zszokowani i zakłopotani, zresztą ja także, ale ani trochę nas to nie zraziło, w prost przeciwnie. W domu poczęstowano mnie i moja koleżankę kolacją, która wprawiła zresztą ją w lekką konfuzję, ponieważ miałyśmy okazję jeść mięso łosia przyrządzone jak mielone  do spaghetti, tyle że my jedliśmy je z Burito, przyznam  szczerze, że nie słuchałam dokładnie naszego gospodarza gdy nas informował o pochodzeniu tego mięsa, a ja nieoswojona jeszcze z językiem angielskim w nowym domu słysząc słowo "muse" w mojej głowie pojawił się obraz musu z jabłek.Jednakże nie żałuję mojego pierwszego spotkania z łosiem na talerzu, smakował rzeczywiście jak mielone wieprzowe, poza tym w Norwegii jest bardzo mało hodowli świń przez co są u nich rzadkością.Dobre wychowanie wymaga, aby w dowód wdzięczności za przyjęcie do swojego domu na jakiś okres czasu, jadanie wspólnych posiłków, udostępnianie nam swoich toalet i pokojów,zapewnianie prowiantu do szkoły daje się gospodarzom jakiś prezent. Oczywiście my jako dobrze wychowana i kulturalna Polska delegacja nie omieszkaliśmy zaopatrzyć się w upominki dla Hostfamilies.Wiem  że wiele osób kupiło "ptasie mleczko" firmy Wedel, które wywoływało w Norwegach zdumienie a później zachwyt, gdyż szokowała ich konsystencja pianki w ptasim mleczku, ale jako że nie znam osoby która po spróbowaniu nie pokochała tej słodyczy i oni nie potrafili się jej oprzeć. Ja chciałam podarować im coś ażeby nie zapomnieli skąd jesteśmy, że u nich gościli Polacy i mają w swoim domo chociaż malutka cząstkę naszego dużego i bogatego w narodowo-wyzwoleńczą historie kraju. 

Jak to się mówi, trafiłam w dziesiątkę, myślę że mój cel został osiągnięty, ojciec, głowa tamtejszej rodziny, przyjął kubek, z orłem i napisem "POLSKA" na tle naszej flagi , bardzo entuzjastycznie, nie omieszkał opublikować tego na portalu społecznościowym "Facebook' z podpisem o polskim zakończeniu: "Międzynarodowy tydzień" byłam bardzo dumna i odetchnęłam z ulgą, miałam obawę że kubek się nie spodoba, nic bardziej mylnego.Otrzymany przez nas plan przebiegu wymiany, rozpoczynał się już o godzinie 8.30 w czwartek. Po odespaniu długiej podróży wszyscy biliśmy zwarci i gotowi do działania. Ja z moją Hostką Ingrid.F i polską koleżanką Agatą.W przyjechałyśmy pod szkołę przed czasem i czekałyśmy na wszystkich uczestników wymiany na szkolnej stołówce. Zdążyłam w tym czasie poznać norweskie koleżanki Ingrid.F i włoską delegację. Łącznie w International week 2014 brały udział delegacje z pięciu krajów, z Włoch, Rumunii, Holandii, Anglii i Polski.Na czwartek 6 lutego, zaraz po ogólnym zapoznaniu się ze wszystkimi uczestnikami, przedstawieniu swoich imion i narodowości na podium, był w planach "Ice-breaker activity", zwiedzanie muzeum narciarstwa w Holmenkollen oraz wycieczka i jedzenie w Oslo.

Ice-breaker activity polegało na wyrzeźbieniu muszli z z dwóch bloków z lodu w ustalonych przez plan grupach.

Nie było to łatwe zadanie, ale same kombinacje nad sposobem rzeźbienia i efekty jakie te kombinacje przynosiły sprawiały na prawdę dużo zabawy, nie mogłam narzekać na nudę.

 Zwłaszcza że jeżeli nie miałam akurat niczego czym mogłabym się zając w mojej grupie to chodziłam z aparatem fotograficznym i nagrywałam nasze międzynarodowe wysiłki, jako że tak miałam zaplanowany swój  workshop, jakim była grupa filmowa. 

Moim zadaniem było nagrywanie wszystkiego co tego dnia się działo. By później razem z resztą ludzi z tej grupy otworzyć jeden, krótki film o wydarzeniach z wymiany.

Tym czego nasz wszystkowiedzący plan nie przewidział było to że większość ludzi pracujących w Snowmenie, czyli firmie która dała nam możliwość realizacji tych zajęć na świeżym powietrzu, było narodowości Polskiej. Miło było porozmawiać ze "swoimi" jako że pierwszy dzień za granicą zawsze jest trudny, czujemy opory i bariery językowe.

Po 13.30 byliśmy już w muzeum i do godziny 15 przyglądaliśmy się historii początkowego narciarstwa, jako że kiedyś narty dla Norwegów pozwalały na poruszanie się w śniegu, oraz ułatwiały życie koczownicze, w końcu musieli mieć jakiś sposób aby swoje rzeczy po tej zamarzniętej krainie taszczyć bądź z pomocą futrzanych przyjaciół przewozić

A już od 15 do godziny 20 chodziliśmy po Oslo. Przyłączyłam się do grupy składającej się paru Norweżek,Holenderki i mojej koleżanki Polki Agaty.B. Jej Hostka wyjaśniała nam czym są mijane budowle, od teatrów i uniwersytetów po sławne kawiarnie i najsławniejszą wytwórnie czekolady w Norwegi "Freia". Opowiadała nam o wadze ich uroczystość i gdzie się odbywają, jak przebiegają, nie omieszkała pokazać nam pałacu pod którym te uroczystości się również zaczynają.Wycieczkę zakończyła obiado-kolacja w Hard Rock Cafe, po czym wróciliśmy pod szkołę skąd odebrały nas rodziny tymczasowe.

Następny dzień był dla większości bardzo ekscytującym dniem, jako że był to dzień innovation kamp, gdzie mieliśmy pracować w grupach do późna i nocować w szkole.

Przez cały dzień, podzieleni na 12 grup planowaliśmy projekty marketingowe w postaci większego plakatu bądź rzeźby które miały "łączyć ludzi".

Trzeba było wymyślić chwyt marketingowy, produkt oraz jego zastosowanie, oczywiście wszystko w obrębie tego tematu. Chodziliśmy po innych szkołach i sklepach gdzie pytaliśmy czy nasz projekt spełnia swoje zadanie, czy byliby skłoni go kupić i co o nim myślą. Najlepsze zostało na sam koniec od godziny 23.00 do 3.00, musieliśmy ten nasz projekt zwizualizować przestrzenie. Razem z moją grupą zdecydowaliśmy się na rzeźbę, która nazywała się "shaking hands" i przedstawiała dwie splecione ze sobą dłonie.Białą i czarną na znak międzynarodowej współpracy i wzajemnej akceptacji.Niestety zawiodły nas nasze zdolności manualne i nie udało nam się przedstawić naszego projektu tak jak byśmy chcieli.Nie wiem jak w innych grupach, jednakże w mojej grupie pomimo losowo dobranych ludzi ze wszystkich uczestniczących w wymianie krajów, panowała przyjemna atmosfera i jedni drugim pomagali gdy ci byli w potrzebie. Doświadczyłam tego osobiście jako że po 1.00 zasłabłam i musiałam pójść się położyć, ludzie odnieśli się do mnie życzliwie i oferowali swoja pomoc. Za co jestem bardzo wdzięczna do dziś. Ażeby cały dzień i noc nie przebiegał w nieustającej pracy, pod wieczór rozegrały się mecze hokeja. Muszę przyznać że nasi gospodarze są na prawdę dobrzy w tym sporcie, żadna delegacja nie potrafiła im dorównać umiejętnościami, ale na szczęście dla nas graliśmy w tych samych grupach jakie były na ten dzień ustalone.

W każdym razie w sobotę, po bardzo głośniej pobudce, jaką mi sprawili rówieśnicy, trzeba było zjeść śniadanie posprzątać sale w których spaliśmy lub zostawiliśmy rzeczy, jako że nie wszyscy odczuwali potrzebę snu. Trzeba było swoje projekty zaprezentować przed jury i zwycięskie  projekty miały być przedstawione na podium już przed wszystkimi, gdzie została wyłoniona zwycięska grupa, która otrzymała nagrodę pieniężną.Po spektakularnym finale naszych wzajemnych starań wróciliśmy do swoich domostw, gdzie czekał na nas obiad, prysznic i łóżko.W niedzielę zaplanowany był tzw."family day". Był to dzień który mieliśmy spędzić razem z naszymi rodzinami tymczasowymi. My wybrałyśmy się na przechadzkę po ogrodach z rzeźbami niedaleko Oslo oraz do muzeum statku badawczego, który był i nadal jest bardzo ważną pamiątką dla Norwegów.Zjadłyśmy obiad w najsłynniejszym,lokalnym porcie i zmęczone całodzienną wycieczką wróciłyśmy do domu.Jak później dowiadywałam się od od swoich rodaków , większość również aktywnie spędziła ten dzień.

Nastał poniedziałek 10 lutego, ostatnie dwa dni wymiany, na które nasz plan przewidział workshopy.Jeszcze przed wyjazdem każdy sobie wybierał do której grupy tematycznej chce należeć. Do wyboru był taniec, nauka, muzyka, dramat lub inaczej musical oraz film.Owoce naszej pracy mieliśmy przedstawiać w słynnym lokalnym domie kultury w Milepeln.

Była to forma wisienki na torcie całej wymiany. Zebrały się tam wszystkie rodziny które nas gościły u siebie.Całość była bardzo uroczysta, a na koniec popłynęło morze łez. Ponieważ większość delegatów wyjeżdżało wczesny rankiem. Nam Polakom trafiło się tak że wyjeżdżaliśmy ze szkoły na lotnisko dopiero po 15.00.

Nie jestem osoba która się łatwo wzrusza, nie lubię pożegnań i związanych z tym nadmiernych ukazywaniem uczuć, ale nawet mi zrobiło się przykro że to już koniec. Jednakże moje łzy popłynęły dopiero jak już nadeszła nasza kolej żegnać się z Norwegią w środę. Żegnaliśmy się i ściskaliśmy jak by miesiąc, dwa minął od naszego przylotu, a to zaledwie tydzień!

Tęskniłam już za moim ojczystym krajem i za rodziną. Ale w Norwegi jest coś urokliwego. Jest oddalona od miejskich aglomeracji, nieraz do sąsiadów ma się od groma i ciut ciut, dookoła tylko lasy, pola, góry, jeziora, jak kraina, piękna i nieraz dzika.Człowiek czuje się tam jak na wczasach, ludzie bardzo serdeczni i otwarci, co jest pewnym novum dla nas , polaków, znanych z tendencji do nieufności i nie wylewności pod względem uczuć. Nikt nie chciał wsiąść do autobusu, wszyscy bardzo pragnęliśmy zostać, niektórzy nawet próbowali oddać się na adopcję.

W każdym bądź razie po namowach ze strony naszych nauczycieli wsiedliśmy do autobusu i rozpoczęła się nasza droga powrotna.

Wszyscy, my Polacy i inne kraje biorące udział w wymianie, przeżyliśmy ze sobą wiele miłych, szczęśliwych i niezapomnianych chwil, myślę że utworzyło się wiele kontaktów na lata, sprzyjają temu obecnie telefony komórkowe i portale społecznościowe, ale na pewno wiem że nigdy o tych chwilach spędzonych razem nie zapomnimy, a Norwedzy nie zapomną o nas.